[5-6.07] Transjura – lekcja pokory od Matki Natury

Tegoroczna Transjura już za nami. Ultradystans w ultrawarunkach – tak można by określić te zawody. Dla mnie był to najdłuższy start i wspaniałe, choć bolesne, doświadczenie, które zaprocentuje w przyszłości. Zacznijmy od początku.

transjura

Tuż przed startem

1. Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz – czyli sztuka pakowania

Wsiadam do pociągu relacji Warszawa-Częstochowa. Już na starcie ruszamy z 20min opóźnieniem. Przedział wypełniony, korytarze wypełnione – widać, że rozpoczęły się wakacje. Temperatura na dworze idealna dla plażowiczów, mnie bardziej przeszkadza niż dodaje otuchy. Po godzinie drogi, ktoś wpada na pomysł, żeby zamknąć okno w przedziale i stworzyć warunki zbliżone do tych, które można spotkać w saunie. Kolejne opóźnienie przy Koluszkach. Do świętego miasta dojeżdżam z około godzinną obsuwą. Szybciutko obieram kurs na bazę zawodów i odbieram pakiet (mapa, kartka do odbijania PK, opis trasy, ulotki). Wchodzę na salę, rozkładam się i rzucam okiem – to jednym, to drugim – na pozostałych napieraczy. Została ponad godzina na przygotowanie się. Mało. Oficjalnie rozpoczynam ciąg przyczynowo-skutkowy błędów popełnionych podczas tych zawodów. Zawodników można było podzielić na dwie kategorie: 1) napieraczy – typ człowieka o żylastej posturze, w lekkich ciuchach, z małym plecaczkiem lub nerką, dwoma zegarkami; (ponadto czujna obserwacja socjologiczna stwierdza, że typ „napieracza” dzieli się na podgrupę a) łysych, nieco lepiej umięśnionych; b) z zarostem/brodą na wzór stereotypu człowieka gór/podróżnika c) wąsaczy – jest z reguły grupa najbardziej zaawansowana wiekowo i z największym doświadczeniem)  oraz 2) trekingowcy – bardziej przygotowani na treking, niźli na bieg, z dużym plecakiem, w którym znajdzie się wszystko na każdą ewentualność, maszerując pokonają całą trasę. Pomiędzy nimi znajdują się też kolesie tacy, jak ja. Coś tam biegali, ale nie tak dużo jak potrzeba, mają spore aspiracje, ale niewspółmierne do nich umiejętności. Zatem, raz jeszcze spoglądam na wszystkim oraz na swój ekwipunek. W pamięci mam prognozę pogody: 25-30 C, możliwa burza ok. 2h o świcie. Błąd nr 1. Nie pakuję peleryny, ani folii NRC, zamiast kurtki przeciwdeszczowej (która bardzo dobrze izoluje, ale nie da się w niej biegać w wysokich temperaturach) biorę lekką i przylegającą do ciała wiatrówkę biegową, skarpety. Zabieram też batony i żele oraz 1,5 napoju w bukłaku. Do tego czapka, czołówka (zapomniałem spakować baterii) i gotowe, czuję się kozacko, zdążyłem na ostatnią chwilę. Wnioski: następnym razem plecak biegowy muszę mieć już spakowany, szkoda tracić czas; skoro założyłem od początku, że biorę pelerynę, to kolejnym razem ją pakuję, a nie, że top5 nie ma, to ja też nie potrzebuję … Pierwszy raz czułem, że dobrałem zły ekwipunek.

2. Kędy zapał tworzy cudy

Zebraliśmy się wszyscy na starym rynku, jeszcze 10 min do startu. Organizator – FunEx Sports – dziękuje sponsorom i rozpoczyna odliczanie. 21:00 – START. Pierwsze kilometry wiodły ulicami Częstochowy. Trzymam się swojego tempa 6min/km. Ku mojemu zdziwieniu już po 2-3 km daje mi ono miejsce w czołówce (top10 jak nie wyżej). No nic, czuję się świetnie, więc myyyk – co będę zwalniał?. Po 10 km biegnę w małej grupce „pościgowej”. Zaczyna się robić ciemno. Błąd nr 2. Jakim cudem podczas wyznaczania celów nie wziąłem pod uwagę profilu terenu? Nie wiem. Ciągle trzymam tempo, ale biegnę to pod górę, to z górki. Teren zróżnicowany, trochę piachu, trochę ściółki i trochę skałek – jak to Jura. Dwa lub trzy razy delikatnie gubię szlak, wracam i staram się nadrobić tempo. Około 17 km pierwszy PK w Olsztynie. Ciągle w czubie, ale za chwilę się to skończy. Zaczyna się duży podbieg. Przejście do marszu, od teraz prawie do rana większość trasy będzie przebiegać lasem. Grupa lekko się ścieśnia do odcinka zbiegu, a później kawałka równej drogi. Pierwszy kryzys przychodzi po 23 km. Nie wytrzymuję już tempa. Bieg przeplatam marszem, jednak ciągle nie jest źle – większość zawodników jest za mną (och, jak złudne to pocieszenie!). Już wcześniej, koło 23:00, zaczęło błyskać i grzmieć, na razie cicho, niewinnie. Nadal było całkiem ciepło. Po 37 km pierwszy postój z żywieniem. Zatrzymuję się na prawie 10 min. Wcinam banana, drożdżówkę, uzupełniam wodę i się rozciągam. Czuję mocno mięśnie czworogłowe (pierwszy raz akurat tę partię). Kolana, na szczęście, nie przypominają o sobie. Kondycyjnie czuję się nieźle, brakuje jednak mocy w nogach. Od teraz przede wszystkim zachowuję marszobieg.

wykres wysokości

wykres wysokości

3. Jak narodziła się tragedia

Widmo burzy krąży nad nami już na dobre. Padać zaczyna trochę po 2:00, gdy biegnę przez środek lasu. Ciekawe to uczucie – znajdujesz się sam w lesie pośrodku nocy, obok ciebie przelatują nietoperze, a leniwe kleszcze bezwiednie opuszczają się z liści z nadzieją, że zahaczą o twoje ciało. Krótkotrwały błysk gromu rozświetla na moment las, który bawi się z tobą przybierając różne dziwne kształty odpowiednio doprawione przez wyobraźnię. Światło z czołówki nienaturalnie powiększa każdy cień. Zapomina się o zmęczeniu, nogi jakoś same niosą do biegu. Kapuśniaczek przechodzi w rzęsistą ulewę, której nieustannie towarzyszy burza. Pada non-stop przez ok. 7 godzin. Błąd nr 3. Przypomina mi się, że nie spakowałem peleryny. „Dobra” – mówię sobie – „ileż może padać, godzinę? dwie? Wytrzymam.” Jak się później okaże, nie wytrzymałem. Napieram dalej wyczekując świtu, słońca, końca opadów. Teren robi się grząski i śliski. Ubieram kurtkę (przez to, że przylega do ciała, nie mogłem pod nią schować plecaka). Czapka z daszkiem pozwala mi w miarę swobodnie iść naprzód przez deszcz. Nasiąkam wodą. Buty brną przez kolejne kałuże i małe potoki, które utworzyły się podczas ulewy. W pewnym momencie nie zwracam już uwagi, gdzie stawiam stopy – i tak są przemoczone. Parę razy mijam, lub jestem mijany przez innych zawodników; ale im zazdroszczę peleryn! Po 4:00 przebiegam Mirów, przez kilka kilometrów przemieszczam się z zawodnikiem, który biegnie po raz trzeci w tych zawodach. Nie przedstawiamy się sobie. Niewiele rozmawiamy. W ogóle, klimat na tych zawodach nieco odbiega od innych. Tu każdy startuje sam i musi liczyć tylko na siebie (taka formuła). Nikt nie oczekuje i nie udziela wsparcia drugiej osobie. Jest 5:00 rano, jesteśmy przemoczeni i wyziębieni, kolega w końcu wypowiada święte słowa: „A mogłem teraz leżeć koło ciepłej żonki”. Podpisuję się pod tym. Koło 60 km przychodzi drugi poważny kryzys. Nie jestem w stanie już biegać. Nogi z powodu zimna całe zastygły, na udach porobiły się buły. Ciągle pada. Błąd nr 4. Podczas tego rajdu poznałem jedną z najważniejszych zasad: „Zatrzymaj się, a przepadniesz”. Z powodu ochłodzenia należało ciągle być w ruchu i marsz przeplatać truchtem, tylko tak można było zachować ciepłe mięśnie.  Wszystko co miałem w plecaku przemokło – następnym razem muszę wziąć worek i do niego wszystko wrzucić. Kolejne podejście po lejącej się z góry wodzie. Jedyny pozytyw, to wspomniane wcześniej buty. Pomimo tego, że moje ciało nasiąkło jak gąbka, to nie pojawiają się żadne odciski na stopach i w ogóle czuję całkiem wysoki komfort podczas stawiania kroków. Stopa się nie obsuwa, woda szybko wycieka na zewnątrz, nie czuję też zimna. Wreszcie dobiegam na jakiś szczyt, gdzie znajduje się altana. Chowam się do niej. W środku dwóch zawodników, którzy już zdecydowali, że odpuszczają dalszy bieg. Ta sama myśl przychodzi i mi do głowy. Trzęsę się z zimna, nie mogę biegać, a ciągle maszerując nie poprawię swojego stanu. Co gorsza w ogóle nie zapowiada się, by poprawiła się pogoda. Siedzę tak jakieś 15 min.  Podśpiewuję sobie: „Nieważne, że boli noga, nieważne że bolą dwie, nieważne że nie mam pary, ja i tak nie poddam się”. Wykręcam kurtkę z wody i idę dalej. Poczułem chwilowy przypływ energii, zacząłem truchtać. Prawie 70 km na liczniku, jestem na odsłoniętym terenie, znów nasiliły się opady. Widzę jak podlewa działki. Słychać syreny strażackie i samochody wyruszające do akcji. Melduję się na PK. Kryzys.

4. Decyzja

Jestem niemal w połowie trasy. Podejmuję decyzję o wycofaniu się z dalszego biegu. Jest mi tak zimno, że nie potrafię nawet utrzymać ręki w bezruchu. Jestem na siebie zły, są to pierwszy zawody w życiu, których nie ukończę. Tłumaczę to sobie w ten sposób: mam siłę jeszcze na jakieś 20 km, do pokonania pozostało 80. Nie wiem kiedy przestanie padać, a muszę zrobić sobie dłuższą przerwę, może nawet na godzinę przysnąć. Nigdzie nie mogę kupić nic ciepłego do picia, czy jedzenia. Nogi coraz bardziej naparzają. Zatem albo będę zgrywał bohatera, pójdę dalej i pewnie i tak zrezygnuję, ale z jakąś kontuzją lub kończę teraz z nadzieją na szybki powrót do treningów (jestem tu przewrażliwiony po zeszłorocznym starcie na ultradystansie, który mnie wyeliminował z normalnych treningów na ponad 4 miesiące). Dzwonię do biura zawodów. Dzwonię po transport. W samochodzie zasypiam. Wieczorem podjeżdżam do Krakowa po odbiór rzeczy. Spotykam zwycięzców – WIELKIE gratulacje. Pierwsza osoba (Kuliński Tomasz) ukończyła zawody po 20h, reszta daleko za nim. Prawie 70% startujących osób nie zostało sklasyfikowanych. Niektóre informacje z PK zostały zalane. Tak długie opady chyba wszystkich zaskoczyły. Z tego, co udało mi się dowiedzieć, przestało padać gdzieś za Pilicą, na granicy woj. śląskiego i małopolskiego. Brakowało mi kilku kilometrów.

5. Rachunek sumienia

Nazajutrz wstałem i mogłem swobodnie się poruszać. Czułem tylko lekki ból w udach. Dziś przeprowadzam normalny trening. To zdecydowanie traktuję jako sukces, że po pokonaniu takiego dystansu mogę bez bólu i problemu wyjść na trening. Na plus zdecydowanie zaliczam brak kontuzji i w zasadzie nieustanne zachowanie ruchu. Kondycyjnie było w porządku, nawigacyjnie też (choć pod tym względem zawody były proste). Zabrakło siły w nogach. Prawda jest taka, że trenowałem regularnie jedynie 2tyg. przed startem i zrobiłem tylko dwa wybiegi. Mocno zawaliłem dobór ekwipunku i chyba zbytnio przeceniłem swoje umiejętności (mogłem np. wcześniej spróbować start na 100 km). Przyczyną porażki jest wcale coś innego – psychika. Okazało się, że jestem twardy jak siusiak przedszkolaka. Jest jednak spora różnica między startem w parze, gdy jeden drugiego motywuje a startem solo. Nie pozostaje nic innego, jak nad tym elementem popracować.

Tak jak napisałem wcześniej, te zawody bardzo dużo mi dały i z pewnością w przyszłym roku będę próbował je ukończyć – teraz już wiem, że realny czas będzie oscylował wokół 35h. Jeszcze w lipcu czeka mnie na pewno start na 10 km w Sudetach, później w sierpniu coś dłuższego i we wrześniu podejście do Biegu 7 Dolin na dystansie, pewnie, 100 km. W międzyczasie muszę dorzucić do treningu więcej ćwiczeń na nogi i regularną jazdę rowerem.

Niestety żadnych zdjęć nie wykonałem. Zachęcam do przeglądania oficjalnej galerii na stronie Funexsports.pl .

3 uwagi do wpisu “[5-6.07] Transjura – lekcja pokory od Matki Natury

  1. Gratulacje za wytrwałość i w ogóle za podjęcie takiej decyzji, o którą (na trasie) nie jest wcale łatwo. Dobra lekcja pokory. Trzymam kciuki i kibicuję na kolejnych zawodach! 😀

  2. Olbrzymie gratulacje za podjęcie wyzwania! Kiedyś będzie trzeba spróbować tego Twojego biegania w dziczy 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s